Rzeki są jak ludzie – nie ma dwóch takich samych
Już w szkole uczymy się, że rzeki są ważne. To w ich dorzeczach rodziły się cywilizacje. To one dostarczały wody i jedzenia. Umożliwiały transport ludzi i towarów na duże odległości. Mamy z rzekami długą, choć jednocześnie burzliwą relację. Wiele im zawdzięczamy, a jednak paradoksalnie nie poświęcamy im na co dzień zbyt wiele uwagi. Zwykle dopiero gdy dojdzie do powodzi lub katastrofy ekologicznej, rzeki trafiają na pierwsze strony gazet. Chcielibyśmy je całkiem sobie podporządkować, a przy tym boimy się ich, bo bywają też źródłem problemów.
Złudne poczucie bezpieczeństwa
– Jednym z powszechnych błędnych przekonań na temat rzek jest to, że ich celem jest nawadnianie terenów. Znamy to z historii w szkole, gdy uczymy się o starożytnym Egipcie i roli Nilu dla dawnych jego mieszkańców. Tylko że to nie tak. Naturalną rolą rzek jest odprowadzanie z lądu nadmiaru wody – tłumaczy dr hab. Agnieszka Czajka, hydromorfolog z Instytutu Nauk o Ziemi na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
Badaczka od wielu lat zajmuje się analizowaniem skutków regulacji i eksploatacji koryt rzecznych. Obserwuje, jak różne rodzaje działalności człowieka wpływają na ich funkcjonowanie. Wiele z tych działań, pozornie mających na celu zwiększenie odporności społeczności na pewne ekstremalne zjawiska, jest w gruncie rzeczy nieskutecznych i mogą wręcz powodować odwrotne skutki od zamierzonych. Jako przykład ekspertka podaje zbiorniki retencyjne mające zapobiegać skutkom suszy. Jeśli postawimy zaporę na rzece i dzięki temu zgromadzimy dużo wody, to rzeczywiście nie musimy się martwić o dostęp do niej. Niestety tylko w sąsiedztwie zbiornika.
– To trochę tak, jakbyśmy próbowali leczyć niedobór krwi u człowieka, serwując mu żylaki. Krew nagromadzi się w „bąblach”, ale przecież to nie oznacza, że ilość płynu w innych obszarach organizmu jest odpowiednia. Tu chodzi o właściwą dystrybucję, a w kontekście wody – o jej naturalną retencję w całej zlewni – wyjaśnia obrazowo dr hab. Agnieszka Czajka.
Podobnie jest z wałami przeciwpowodziowymi i wiarą w ich niezawodność. Tego typu rozwiązania techniczne określa jako dające społeczeństwu złudne poczucie bezpieczeństwa.
Jedyna stolica w Europie z naturalną rzeką
Trudno znaleźć dziś rzekę, która w żaden sposób nie została przez człowieka w jakimś stopniu przekształcona. Z tego powodu swego rodzaju fenomenem na skalę polską pozostają graniczne meandry Odry stanowiące fragment polsko-czeskiej granicy. To jedyny nieuregulowany odcinek Odry w Polsce. Sama rzeka właściwie od XVII wieku podlegała istotnym ingerencjom ze strony ludzi.
Już osiemnastowieczni niemieccy inżynierowie pracujący na Odrze byli świadomi, że intensywna regulacja nie jest idealnym rozwiązaniem i może generować nowe kłopoty. Mieli świadomość, że wyprostowanie koryta i budowa wałów przeciwpowodziowych przyspieszy spływ wód powodziowych, co może prowadzić do katastrofy w niżej położonych odcinkach. Mimo tego dziś nadal modyfikujemy koryta rzek.
Ekspertka z Uniwersytetu Śląskiego mówi, że jeśli chodzi o stopień regulacji polskich rzek, wciąż da się zauważyć historyczny podział na zabory. Odra, która pozostawała w niemieckiej części, gdzie kładziono spory nacisk na rozwój przemysłu, poddana została dużo większej ingerencji niż Wisła. W zaborze rosyjskim w podobne projekty władze inwestowały dużo mniej, jeśli w ogóle. Niespodziewanym, a przy tym pozytywnym skutkiem ubocznym tej sytuacji jest fakt, iż Polska stanowi obecnie jedyny kraj w Europie, przez którego stolicę przepływa niemal nieuregulowana rzeka.
– W Pradze, Berlinie, Paryżu, Rzymie czy Londynie rzeka jest zawsze „dobetonowana” do samych brzegów. Mieszkańcy mają do dyspozycji bulwary albo – jak ja to nazywam – „spacerniaki” wzdłuż rzeki. Natomiast jeśli w Warszawie chce się dojść nad Wisłę, trzeba zdjąć buty i iść po piasku do samego brzegu. Mamy w stolicy prawdziwe, szerokie plaże – podkreśla dr hab. Agnieszka Czajka.
Rewitalizacja, renaturyzacja czy… remont?
Antropopresja, czyli wpływ człowieka na środowisko, może być skutkiem różnych działań. W przypadku rzek wywoływana jest przez np. regulację koryt, wielkości przepływów, eksploatację kruszyw z koryt i równin zalewowych czy zmiany użytkowania terenu na obszarze zlewni. Do tego dochodzi też wycinanie lasów łęgowych albo zbyt bliskie sąsiedztwo pól uprawnych, z których do wód spływają nawozy sztuczne i środki ochrony roślin. Zdaniem badaczki każda ingerencja tego rodzaju będzie szkodliwa dla ekosystemu. Wyprostowanie koryta powoduje koncentrację energii płynącej nim wody, a w efekcie erozję wgłębną i obniżenie dna koryta. To z kolei pociąga za sobą spadek poziomu wód gruntownych w sąsiedztwie rzeki.
W tym wszystkim pewnym utrudnieniem jest dość niejasne czasem nazewnictwo, nieraz niewłaściwie używane nawet w dokumentach. I tak: założeniem rewitalizacji jest przywrócenie życia w rzece, a renaturyzacji – przywrócenie danego ekosystemu do takiego, jaki był przed ingerencją człowieka. Badaczka podkreśla przy tym, że niestety bywa, iż nawet dobrze (zdawałoby się) zaplanowana renaturyzacja na końcu okazuje się po prostu kolejną regulacją.
Jako dowód podaje projekt, którym objęta była amerykańska rzeka Uvas Creek w Kalifornii. W ramach projektu renaturyzacji uwolniono ciek z ograniczających go umocnień, a przez utworzenie zakoli zrobiono z niego rzekę meandrującą. Po kilku latach doszło do powodzi, a ponieważ wcześniej zdjęto umocnienia, woda wróciła do nurtu, którym płynęła dawniej.
– Okazało się, że to nigdy nie była rzeka meandrująca, tylko roztokowa. Płynęła jednym korytem, w którym jest wiele nurtów. Doszło więc do nowej regulacji, a nie renaturyzacji, jak zakładano – mówi badaczka. Krytykuje przytym używanie słowa remont w dokumentach dotyczących finansowań na przeprowadzenie regulacji rzek: – Zawsze się zastanawiam, co było zepsute, że trzeba było remontować. Nic. Ludziom nie odpowiadało, że rzeka płynie po swojemu.
Hydromorfologiczny Indeks Rzeczny
Dr hab. Agnieszka Czajka chętnie porównuje rzeki do ludzi – tak jak nie istnieją dwie identyczne osoby, tak samo nie znajdziemy dwóch takich samych rzek. Istnieją jednak obiektywne sposoby pomocne w ocenie ich stanu ekologicznego, który ściśle związany jest ze skalą ich regulacji i wpływu człowieka.
Wśród narzędzi pomocnych naukowcom wskazać można Hydromorfologiczny Indeks Rzeczny. Pozwala on ocenić stopień przekształcenia koryta oraz stopień zachowania jego naturalnych elementów. Jedną z pięciu klas przydziela się rzece na podstawie formularza, w którym określeniu podlegają wybrane jej cechy na poszczególnych odcinkach. Znaczenie ma roślinność na brzegach, rodzaj umocnień, materiał dna, stopień zabudowania doliny itp. Nie jest też niczym dziwnym, jeśli ta sama rzeka w jednym miejscu pozostaje w fatalnym stanie, a kawałek dalej wygląda znacznie lepiej. Wystarczy martwe drzewo leżące w wodzie, by zróżnicować przepływ i zapewnić atrakcyjne miejsce chociażby dla zimorodków.
Badaczka jako przykład mocno przekształconej rzeki podaje przepływającą przez Będzin Czarną Przemszę z jej wyprostowanym korytem, wybetonowanymi brzegami i dnem. To ostatnie sprawia, że nie ma ona w ogóle kontaktu ze strefą hyporeiczną, zwaną przez hydromorfologów wątrobą rzeki, ponieważ to tam następuje naturalne jej oczyszczanie. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie wyglądało to tak źle. Na archiwalnych zdjęciach można dostrzec szerokie koryto, ludzi na łódkach, rozlewisko pod zamkiem. Dziś Czarna Przemsza płynie tu betonową rynną.
Zdaniem dr hab. Czajki powinniśmy przede wszystkim przestać traktować rzeki jako naszych wrogów i zagrożenie, które koniecznie należy okiełznać i wcisnąć do sztywnych ram. Jeśli zmienimy nasze podejście do rzek i gospodarowania nimi, będziemy w stanie uniknąć wielu niebezpieczeństw, do których sami najczęściej doprowadzamy.
– Nikt nie zamieszkałby na pasie startowym, bo wiadomo, że skończyłoby się to tragicznie. Nie ma jednak przeszkód, by zrobić to nad rzeką. W Polsce brakuje zresztą przepisów, które zabraniałyby budowania domów na równinach zalewowych. Sami jak najbardziej zbliżamy się do rzeki, a potem frustrujemy się, gdy nas zalewa. Tymczasem taka jest kolej rzeczy: od czasu do czasu rzeka się rozlewa, następnie wraca do koryta i płynie dalej – podsumowuje ekspertka.
Zamiast więc z rzekami rywalizować, powinniśmy zacząć z nimi współpracować. Do tego potrzeba jednak zrozumienia i szacunku. Podobnie jak w przypadku ludzi.
Weronika Cygan-Adamczyk
Artykuł został opublikowany w "Gazecie Uniwersyteckiej UŚ" [nr 6 (336) marzec 2026]











